7 gru 2016

Rozdział 6: Dźwięk tłuczonego szkła

Droga J. Okres poświąteczny okazał się niezwykle przykry na świata czarodziejów. W chwili, gdy zaczęłam myśleć, że wszystko może jakoś się ułoży, los zaśmiał mi się prosto w twarz. Czasami nie wiem, za co się złapać, żeby spróbować posklejać rzeczywistość wokół mnie. Kaleczę się o fragmenty potłuczonej rzeczywistości.
Minęły miesiące, po których zaczęłam sobie uświadamiać, jak moja ucieczka zmieniła życia pewnych osób.
Przepraszam Hugo.

Hugon Weasley siedział w niewielkiej kawiarni na ulicy Pokątnej. W powietrzu unosił się zapach imbiru i pomarańczy. Czarodziej był skupiony na swoim notatniku i nawet nie zauważył, gdy ktoś zajął fotel naprzeciwko niego.
- Hugo. – Usłyszał melodyjny głos i podniósł głowę znad zeszytu.
- Louis – odpowiedział – Jak miło cię widzieć.
Louis Weasley był postawnym blondynem o nieprzeciętnie niebieskich oczach. Wysokie i dobrze wyrysowane kości policzkowe oraz malinowe wargi tworzyły z niego definicje ideału. Wyglądał jak grecki bóg przeniesiony do teraźniejszości.
            - Jak Rumunia? – zapytał Hugo – Zdziwiłem się, kiedy napisałeś mi, że przyjeżdżasz. Myślałem, że dopiero w wakacje nas odwiedzisz.
            - Odwiedzam ciebie Hugo. – Louis nalał sobie herbaty z dzbanka stojącego na stole – Nie przyjechałem tutaj żeby spotkać się z całą rodziną, tylko żeby spotkać się z tobą przyjacielu. I oczywiście zapytać o parę kwestii. A smoki w Rumunii są piękne i zniewalające jak zawsze.
            Louis był ulubionym bratankiem Charliego Weasley’a. Chłopak, mimo całej swojej urody, która mogłaby by służyć za dobry atut wielu profesji, zdecydował się by wyjechać do Rumuniu i studiować smoki wraz ze swoim wujkiem.
            - Wiem tyle i wypisywałem ci w listach Louis – odparł Hugo i zamkną zeszyt, odkładając pióro na bok – Przyszła do mnie jednej nocy i nigdy nie widziałam jej tak załamanej. Przed ślubem Teda i Victorii trzymała się lepiej. A sam wiesz, co to oznacza. To nie był też ten płacz, który, no, sam wiesz kiedy. Nie powiedziała co się stało, tylko tyle, że musi pozbierać swoje życie. Wiem, ze ma to związek z tą całą akcją w Ministerstwie, o czym też ci pisałem.
            - Victorie odwodziła mnie w Rumuni – powiedział obojętnym tonem Louis – Ale ten jej wybaczył, jednak nie zmienił decyzji odnośnie rozwodu. On też, z tego co słyszałem zachowuje się strasznie dziwnie. Wiesz co musimy zrobić, prawda?
            Hugo wziął głęboki oddech i spojrzał prosto w niebieskie, skrzące się tęczówki Louisa. Znał go jak własną kieszeń.
            - Chcesz się dowiedzieć, co wydarzyło się wtedy pod filarami. – Hugo przejechał dłonią po przydługich już włosach, których niesforne loki opadały mu na czoło.
            - Lily jest moją przyjaciółką, naszą. Spędziliśmy  siedem lat praktycznie nierozłączni i nie zamierzam stać w miejscu i przyglądać się temu z założonymi rękami.
            - Ted nam nic nie powie. Alice nic nie wiem. Wujek Harry nic nie wie. – Hugo zawiesił się i spojrzał zaintrygowany na Louise. Nachylił się nad stole i wyszeptał: - Ale ty już coś wiesz. Powiedz, czego się dowiedziałeś krukoński zarozumialcu.
            - Wiem, gdzie ona jest – odpowiedział Louis z uśmiechem na ustach.
A wtedy w tle rozległy się krzyki.

~*~

            Ted Lupin siedział naprzeciwko Harry’ ego Pottera z drżącymi rękami. Alice przechadzała się po gabinecie. Żadne z nich się nie odzywało, tylko głucho wpatrywali się przed siebie. Oficjalne oświadczenia zostały wydane. Wyższe organy ministerstwa powiadomione, a prasa wstępnie uspokojona.
            - Zbliża się wojna – powiedziała cicho Alice zatrzymując się i patrząc na Szefa Biura z przestrachem. Harry podniósł wzrok na swoją synową i jego serce zamarło. Znał Alice Longbottom odkąd się narodziła i jeśli strach zdołał nakryć jej duszę to znaczyło, że sytuacja była naprawdę poważna.
            - Prawdopodobnie – odparł powoli Harry – Jednak nie wiemy z kim mamy do czynienia. Nie wiemy, czego oni chcą.       
            - Rozlewu krwi prawdopodobnie – odpowiedział ironicznie Ted, nie podnosząc wzroku – Bo gdyby chcieli zaprosić nas na kawę, to nie musieli by do tego zabijać tylu osób.
            - Mugole – powiedziała powoli Alice – Czarodzieje. To co stało się dzisiaj w Lonydnie, było nieprawdopodobne. Ponad dwieście osób nie żyje. To są kolosalne liczby. To były morderstwa z zimnym sercem.
            - Ted – zaczął Harry, spoglądając z empatią na Lupina – Muszę znać odpowiedź. Kogo Lily Luna zobaczyła wtedy pod filarami?
Ted podniósł oczy na swojego ojca chrzestnego. Jego ciemno zielone tęczówki, tak podobne do tych Remusa były puste, jak gdyby ostatnie wydarzenia zabierały po kawałkach duszy Teddy’ ego Lupina.    
            - Nie mam pojęcia. Kiedy się odwróciłem, ta postać już zniknęła.
            - To nie jest odpowiedź – powiedział Harry, prostując się – Edwardzie Remusie Lupinie, znam cię od samego narodzenia, uczyłem cię chodzić i mówić, a nawet załatwiać się do toalety. Od początku wiedziałem, że mówisz prawdę. Nie widziałeś komu spadła maska, ale znasz moją córkę na tyle, by wiedzieć, na czyj widok mogłaby tak zareagować.
Ted zamkną oczy i wziął głęboki oddech, cichy szept, imię poszybowało po pomieszczeniu, powodując ze serca zebranych zabiły dwa razy mocniej.
            - To niemożliwe – powiedział Alice i zakryła usta dłonią. Ted spojrzał na nią i kiwnął głową:
            - A jednak.
~*~
Droga J. Widzisz, informacje o tym, co działo się w Londynie, dotarły i do mnie. Aurorzy w Los Angeles byli zaniepokojeni. Nikt nie chciał powtórki sprzed trzydziestu lat. Nie śpieszyło się nam do kolejnej wojny pomiędzy czarodziejami. Jednak nas tutaj, po drugiej stronie oceanu, osobiście to nie dotyczyło.
Wtedy jednak zdecydowałam, że muszę zrobić jakiś ruch. Cokolwiek.
Wszystko zaczęło się od Savannah siedzącej po turecku na moim materacu, z Historią Magii na kolanach.

Lily zmarszczyła brwi.
            - Wiesz, że w Hogwarcie nikt nie czytał tego dobrowolnie, prawda?
Savannah nawet nie zaszczycił jej spojrzeniem. Wzięła do ust ciastko za talerza i ugryzła kawałek.
            - Nie doceniacie tego, czego macie. To jest naprawdę ciekawe. Po za tym, przeczytałam już każdą literaturę związaną z magia w Ameryce Południowej i chciałam dowiedzieć się, jak to wyglądało u was w Anglii. Jak mówią, wiedza to potęga.
Lily Potter wzruszyła ramionami i ściągnęła buty, które skopała pod ścianę. Na wieszak odwiesiła swoją skurzaną kurtkę i z lekkim westchnieniem opadła na fotel.
            - Słyszałaś o tych zamachach prawda?
Sav podniosła na nią swoje brązowe oczy i zmierzyła podejrzliwym spojrzeniem. Zatrzasnęła książkę i odrzuciła ją na bok.
            - Mów, co cię trapi.
Lily westchnęła i przeczesała ręką swoje rude włosy.
            - Nie potrzeba nam więcej wojny – powiedziała i oparła łokcie na kolanach. – Co jeśli historia zatoczy koło? Do tego Ministerstwo w Ameryce ma wszystkich gdzieś! Trzydzieści lat temu patrzyli jak świat magii w Anglii upada i nie zrobili nic! Teraz ich zadaniem jest ganianie nas za jakimiś durnymi i nic nie wartymi przedmiotami. Byliśmy cały dzień dzisiaj na terenie jakiś wykopalisk bo mugole natknęli się na coś, co może być niebezpieczne. U nas zajął by się tym całkowicie inny departament.
            - Bo wasze Ministerstwo przez lata przymykało oczy na jakiekolwiek zagrożenia, które groziły by tylko mugolom. Dlatego też, mieliście tyle problemów na tle rasowym.
            - Dziękuję Savannah. To piękne wyjaśnienie.
Sav wydała z siebie cichy półmrok, po czym wstała z materaca i podeszła do stołu. Zlustrowała Lily zirytowanym spojrzeniem i usiadła na drugim krześle.
            - To co chce powiedzieć – zaczęła nachylając się do rudowłosej – To, że spawy tutaj funkcjonują nieco inaczej. Z resztą, podejrzewam, że po prostu nie mówią wam całej prawdy.
Lily podniosła na nią zaintrygowane spojrzenie i zapytała:
            - Co masz na myśli, że nie mówią nam całej prawdy?
Sav zaśmiała się cicho i spojrzała z niedowierzaniem na przyjaciółkę:
            - Naprawdę myślisz Potter, że kazaliby dwójce aurorów zawsze eskortować pracowników z Ministerstwa. I wybacz, ale z tego co udało mi się przeczytać nie wysyłają pracowników Departamentów Tajemnic do wybuchających magicznie pisuarów.
Lily zabębniła palcami prawej dłoni w stół. W jej głowie kołatało się wiele myśli. Chciała wiedzieć, że jej rodzina jest bezpieczna. Jednak świadomość, że ich opuściła nie dawała jej spokoju. Ciągle miała wrażenie, że jeśli stanie się im krzywda, a jej tam nie będzie, to nie da sobie z tym rady.
            - Obawiają się czegoś – powiedziała Sav – I może to tylko przypadek, ale co jeśli teraz już nie chodzi tylko o samą Anglię? Co jeśli naprawdę teraz mroczne czasu okryją cały świat czarodziejów?
            - Dlaczego Los Angeles? To miasto mugoli!
Sav spojrzała na nią z ironicznym uśmieszkiem.
            - Właśnie Potter, miasto mugoli. Lord  Voldemort chciał przejąć kontrolę nad światem czarodziei i oczyścić, go z osób niegodnych. Co jeśli, następny Sam-wiesz-kto będzie chciał oczyścić świat ze wszystkich mugoli, by na świecie istnieli tylko czarodzieje? Ten pomysł jest tak szalony, że tylko szaleniec mógłby chcieć go zrealizować. Ale jak wiadomo, nie brak ich wśród nas. I to już było.
            - To jest naprawdę szalona teoria – odpowiedziała Lily.
            - To tylko teoria. – Sav wzruszyła ramionami i wyjrzała przez okno. – W tej części świata magiczne przedmioty odgrywały dużo ważniejszą rolę, niż u was. Szczególnie po tym co się stało, jak Kolumb odkrył Amerykę i cała magia, która pochodziła od rodzinnych mieszkańców została prawie, że całkowicie zniszczona, ale artefakty pozostały i wydaje się, jakby z wiekiem przybywało im mocy.
            - Jutro mamy się udać na dwu dniowy wyjazd. Powiedzieli nam, że mamy też odwiedzić jednego z czarodziei i nasze eskorta będzie dla nich niezbędna, dlatego to trwa tyle czasu.
Sav wzruszyła ramionami i wróciła wzorkiem do przyjaciółki.
            - Uważaj na siebie. Tutaj przedmioty mają większą moc niż w Anglii.

Droga J! Czasami siedzę zatopiona w myślach, w swoim cichym mieszkaniu, a jedyne co mnie ratuje, to blask świateł. Ale nie tej nocy. Nie tej jednej nocy, gdy budzę się z krzykiem. Gdy zalewa mnie fala wspomnień, które mieszają się z najgorszymi obawami. A wszystko okrywa ciemność.
           
            Savannah często zostawała na noc u Lily. Miała stąd dużo bliżej do pracy, a dodatkowo nie cierpiała wracać do pustego domu. Tego wieczora siedziała na obszernym fotelu pochłonięta lekturą, jednego ze starych podręczników panny Potter.
            Sav uwielbiała to mieszkanie. A raczej niewielką kawalerkę, w skład której wchodził jeden olbrzymi pokój i łazienka. Na aneksie kuchennym zawsze panował lekki nieporządek, tak jak i przy wieszakach obok drzwi. Wszystko wykończone w drewnie nadawało temu miejscu czarujący klimat. Jednak najlepsze w tym było olbrzymie okno rozciągające się na całej ścianie. Widok z niego ukazywał panoramę miasta, nocą tonącego w mroku, ze światłami migoczącymi w oknach miasta, które nigdy nie śpi.
            Wtedy usłyszała krzyk. Imię, przedarło ciszę panującą w mieszkaniu. Sav szybko podbiegła do materaca i uklęknęła przy Lily, szturchając ją za ramiona.
            - Lily!
Panna Potter wierciła się w swoim śnie, nie mogąc powrócić do rzeczywistości.
            - To tylko koszmar Lily!
Rudowłosa otworzyła oczy i gwałtownie podniosła się do pozycji siedzącej. Sav lekko się nie odsunęła, jednak nadal zaciskała dłoń na ramieniu przyjaciółki. Zlustrowała Lily zmartwionym spojrzeniem i objęła ramieniem, przytulając ją do siebie. Dziewczyna nic nie mówiła, tylko zamknęła oczy i starała się uspokoić oddech. Savannah delikatnie gładziła ją po włosach.
            - To nie był tylko koszmar Sav – wyszeptała Lily i przytuliła się do przyjaciółki. – To jest zawsze tak samo.
I wtedy Lily jej opowiedziała. Opowiedziała jej o tym jaki sen śni się jej prawie co noc odkąd opuściła Londyn. Opowiedziała jej o ciele Teda Lupina, które opada zawsze bezwładnie na ziemie, a martwe zielony oczy wpatrują się w nią z wyrzutem. Przez łzy wykrztusiła imię, które tłumiła w sobie przez tyle czasu. Opowiedziała jej o napadach lęku i paniki, o topieniu całego swojego życia w alkoholu.
Savannah słuchała gładząc ją lekko po włosach, nie przerywała jej, a kiedy Lily zaczynała płakać, czekała cierpliwie, aż znów zbierze siłę by kontynuować swoją historię.
Kiedy skończyły rozmowę na dworze zaczynało już świtać, Sav cichym, ledwo słyszalnym głosem wyszeptała:  
            - Dziękuję, że mi powiedziałaś. Nie jesteś z tym wszystkim sama Lily i zrobię wszystko, co w mojej mocy by ci pomóc.
            - Dziękuję Sav – odpowiedziała Lily, zasypiając w objęciach przyjaciółki.


Droga J! Co jeśli to wszystko prawda? Co jeśli, ja wcale nie zwariowałam? 

~*~

Przepraszam za opóźnienie w pisaniu. Następny rozdział pojawi się pewnie za miesiąc. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Layout by Yassmine